Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Do działów Aktualności, Temat miesiąca

Niebezpieczeństwo kredytowe

 

Polacy pożyczają coraz więcej pieniędzy na zakup lub budowę mieszkań i zdaniem specjalistów będą pożyczać jeszcze więcej. Samo zjawisko budowania domów na kredyt nie jest niczym nadzwyczajnym, tak jest na całym świecie. Ale w Polsce, gdzie rynek kredytów hipotecznych tak naprawdę jeszcze się tworzy, na klientów banków czeka wiele niespodzianek, które powodują, że koszty obsługi pożyczek są wyższe, niż może się spodziewać niejedna osoba. Poza tym z powodu rosnących kosztów budowy wartość kredytów jest coraz wyższa i rośnie niebezpieczeństwo, że wiele rodzin nie będzie mogło udźwignąć ciężaru oddawania bankom co miesiąc wysokich rat, ryzykując utratę mieszkania. Czy warto więc jest zaciągać dalej kredyty hipoteczne? Problem tkwi w tej sytuacji chyba bardziej w ocenie własnych możliwości finansowych i nieznajomości sztuczek, jakimi banki kuszą potencjalnych klientów.

 

Do tej pory wartość kredytów hipotecznych udzielonych przez banki wynosi ponad 80 miliardów złotych. Boom kredytowy trwa tak naprawdę dopiero kilka lat. Wcześniej niewiele osób decydowało się na takie rozwiązanie mimo ogromnego głodu mieszkań. Jednak 5-6 lat temu inflacja była jeszcze wysoka, więc i oprocentowanie pożyczek dość spore. Ponadto banki wówczas wymagały od klienta, aby miał własne pieniądze na pokrycie części kosztów budowy mieszkania lub domu (zazwyczaj miało to być 20-30 proc.), co powodowało, że wiele rodzin nie było w stanie zgromadzić przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych, aby skorzystać z kredytu. Gdy jednak inflacja jeszcze bardziej spadła, a wraz z nią i stopy procentowe, a jednocześnie banki poluzowały swoje wymagania wobec klientów, lawina kredytów hipotecznych ruszyła.

Tysiące rodzin, gdy dowiedziały się, że bank da im pieniądze na pokrycie nawet 100 proc. kosztów zakupu mieszkania lub budowy domu, ruszyły po kredyty, wiedząc, że jest to jedyna możliwość zdobycia własnego "M". Co więcej, niektóre banki dają jeszcze wyższe kredyty, np. na 120 proc. wartości mieszkania, kusząc możliwością otrzymania pieniędzy także np. na zakup mebli czy lepszego wyposażenia domu.

Wśród wielu osób panuje przekonanie, że co prawda wieloletnia pożyczka (czasami okres spłaty banki rozkładają na 40 i więcej lat) jest istotnym obciążeniem finansów rodziny, ale dobra sytuacja gospodarcza naszego kraju i rosnące wynagrodzenia pozwolą im na udźwignięcie tego ciężaru. Dlatego bankom nie ubywa, a przybywa klientów.

 

Okazja nie zawsze jest okazją

Bankowcy doskonale wyczuli, że kredyty hipoteczne to żyła złota i jest to usługa, na której promocję wydają coraz więcej pieniędzy. Spoty w telewizji, reklamy radiowe i w prasie, na billboardach mają nas przekonywać, że po kredyt warto iść tylko do banku A. Oferuje on nam niskie oprocentowanie, często posługując się sloganem "najniższe na rynku", minimum formalności, szybki termin załatwienia sprawy. Kuszą nas widoki pięknych mieszkań, na których zakup będziemy mogli sobie pozwolić wtedy, gdy weźmiemy kredyt z tego banku. Oczywiście, inni nie pozostają w tyle i także kuszą klientów równymi ofertami. W rezultacie niejedna osoba może odnieść wrażenie, że załatwienie pożyczki hipotecznej to tak łatwa sprawa jak zapłacenie rachunku na poczcie. Co więcej, wielu klientów banków traktuje te instytucje jak swoich przyjaciół, którzy robią wszystko, aby im pomóc w zakupie mieszkania. I rzeczywiście, obsługa kredytobiorców jest często wzorowa, profesjonalna. Ale ma to związek z faktem, że bank po prostu chce zarobić na nas pieniądze. I dlatego często dopiero po podpisaniu umowy orientujemy się, ile naprawdę będzie nas ten kredyt rzeczywiście kosztował.

Warto więc zanim pójdziemy do banku, uświadomić sobie, jakie sztuczki stosują bankowcy przy udzielaniu kredytów hipotecznych, żeby tylko zdobyć kolejnych kredytobiorców.

 

Ukryte opłaty

Banki nie tylko przy tych pożyczkach rzadko kiedy informują otwarcie o wszystkich ukrytych opłatach, jakie ponosimy, biorąc kredyty. Przeciętnego Kowalskiego ma przyciągnąć do bankowego okienka wizja niskich odsetek, co ma przecież ogromne znaczenie, gdy przychodzi do oddawania pieniędzy. To jest główna broń banków. Ale mało kto wie, że zazwyczaj stawka oprocentowania jest co prawda niska, ale dla większości klientów nieosiągalna albo już nieaktualna.

- Oprocentowanie mojego kredytu hipotecznego, który zaciągnęłam na 25 lat, jest o ponad 1,5 proc. wyższe, niż wynikało z oferty banku - mówi Krystyna Mroziewska, która pożyczyła pieniądze na mieszkanie w jednym z dużych, renomowanych banków. - Gdy zapytałam, dlaczego nie dostanę tańszego kredytu, usłyszałam, że musiałabym pożyczyć ponad dwa razy więcej pieniędzy, żeby skorzystać z tej oferty. Była więc ona przygotowana dla najbogatszych klientów, a nie takich zwykłych zjadaczy chleba jak ja. Ale co było robić, musiałam pożyczyć pieniądze, żeby wreszcie mieć własny kąt - dodaje.

Andrzej i Dorota Czernikowscy na własnej skórze dowiedzieli się z kolei, co to znaczy, że "bank nie pobiera prowizji od kredytu hipotecznego". Prowizji rzeczywiście nie było, oprocentowanie całkiem korzystne, ale za to czekała ich inna niespodzianka. - Kazano nam zapłacić za ubezpieczenie kredytu. Ponieważ pożyczaliśmy sporo, to nie zwróciliśmy jakoś uwagi na wysokość ubezpieczenia. Dopiero po jakimś czasie znajomy wyjaśnił mi, że ubezpieczenie okazało się nawet wyższe od ewentualnej prowizji, którą zwyczajowo zapłacilibyśmy - opowiada Andrzej Czernikowski. - Mam chyba prawo czuć się w tej sytuacji po prostu oszukany przez bank, w którym od ponad 10 lat mam konto i brałem już kilka kredytów. Liczyłem, że będę lepiej potraktowany, a nie tak wykorzystany - dodaje.

Bankowcy, z którymi rozmawialiśmy (wszyscy prosili o niepodawanie nazwisk), nie kryją, że są to powszechne praktyki. Zresztą podobne sztuczki są stosowane w przypadku zwykłych kredytów konsumpcyjnych. - Dlatego radziłbym przed podpisaniem umowy zebrać oferty kredytowe z kilku banków i poradzić się jakiegoś specjalisty, który wyjaśni różne zawiłości i uświadomi, jakie są prawdziwe koszty kredytu. Trzeba także bardzo dokładnie czytać umowy, zwłaszcza to, co jest zapisane drobnym drukiem - mówi jeden z pracowników niemieckiego banku działającego w Polsce. I podkreśla: - Nie dajmy się łapać na wyjątkowe okazje, bo nie każda taka okazja jest naprawdę dobrą drogą do zdobycia pieniędzy na mieszkanie.

 

Tylko w złotówkach

Do niedawna Polacy bardzo chętnie pożyczali na dom franki szwajcarskie. Kredyty w tej walucie były atrakcyjne, bo jej kurs był dość stabilny, niskie oprocentowanie, więc i raty w przeliczeniu na złotówki okazywały się znacznie niższe od tego, co płaciły osoby biorące kredyty w złotówkach. Jednak odkąd doszło do zaostrzenia kryteriów przyznawania pożyczek w obcych walutach (trzeba się wykazać o wiele większymi dochodami, niż gdy bierzemy kredyt złotówkowy), banki udzielają ich coraz mniej. Część tych instytucji była przeciwna zaostrzaniu prawa, tłumacząc to troską o interesy klientów. Sporo było jednak w tym hipokryzji, bo dla części bankowców kredyty w obcych walutach były znakomitym interesem, który teraz znacznie się ograniczył. W czym tkwi haczyk?

Otóż banki zarabiały niemałe pieniądze, stosując tzw. spread. Jest to różnica między kursem kupna, czyli zaciągania kredytu, a kursem sprzedaży, czyli spłaty rat. Innymi słowy: gdy klient dostaje z banku kredyt, kurs danej waluty do złotówki jest dość niski. Ale gdy zaczyna spłacać raty, kurs waluty staje się dla niego mniej korzystny i musi oddawać przez to więcej pieniędzy, niż mógł się spodziewać. Przez długi czas nikt na to specjalnie nie zwracał uwagi, bo - jak już pisałem - i tak raty przy kredycie walutowym były niższe niż złotowym. Jednak banki zarabiały sporo kosztem klientów.

 

(Nie) Bierz jeszcze więcej

Część klientów korzysta też z oferty banków proponujących im kredyty w wysokości nawet 120 proc. wartości nieruchomości. Dzięki temu klient ma pieniądze np. na zakup mebli i innego wyposażenia. Część osób daje się na taką ofertę złapać i niepotrzebnie przepłaca. - To naprawdę trzeba bardzo dokładnie policzyć - apeluje Sławomir Kurpiewski, niezależny doradca kredytowy. - Sam zaciągałem kredyt hipoteczny i bank oczywiście zaoferował mi możliwość pożyczenia większej sumy pieniędzy. Przeanalizowałem to i podziękowałem. O wiele tańsze będzie kupowanie mebli na raty w sklepie niż pożyczanie od razu wszystkiego w banku - mówi.

Kurpiewski tłumaczy, że oferty sprzedaży ratalnej są często na tyle korzystne dla klientów, że nie warto brać jeszcze większego kredytu hipotecznego. Jego rata może być wtedy wyższa niż suma rat niższego kredytu hipotecznego i kredytu ratalnego. - W moim przypadku zaoszczędziłem przynajmniej 150-200 złotych miesięcznie - dodaje nasz rozmówca.

 

Kiedy pęknie bańka?

Wartość kredytów hipotecznych przekroczyła w tym roku 80 miliardów złotych, ale końca boomu nie widać, dlatego banki jeszcze przez długi czas będą mogły dyktować swoje warunki. Według analityków, przyrost wartości kredytów będzie wciąż ogromny. Spodziewają się oni, że w ciągu najbliższych 4-5 lat pożyczymy od banków od 120 do nawet 150 miliardów złotych (!). To są na pewno znakomite informacje dla bankowców, ale zbyt mało się mówi w Polsce o szeregu zagrożeń, jakie mogą dotknąć kredytobiorców.

Po pierwsze, na pewno zacznie rosnąć liczba osób, które utracą zdolność kredytową i nie będzie ich stać na terminowe regulowanie rat. Bo wystarczy, że ktoś straci pracę albo przejdzie na gorzej płatne stanowisko.

Trzeba też pamiętać o tym, że pożyczamy na kupno domów czy mieszkań coraz więcej, bo koszty ich budowy wciąż rosną, i to szybciej niż wynosi statystyczny wzrost wynagrodzeń. Jeśli kilka lat temu na zakup domu wystarczało pożyczyć np. 150 tys. zł, to teraz trzeba by wziąć z banku przynajmniej dwa razy tyle. Taka sytuacja panuje zwłaszcza w największych miastach, gdzie rynek kredytów hipotecznych jest też największy, napędzany przez ludzi dobrze zarabiających. A tych ostatnich w małych ośrodkach jest niewielu. Jednak stale rośnie minimalna wielkość dochodów, która pozwala na w miarę bezbolesne obsługiwanie kredytów. A więc teraz często jest tak, że na zakup mieszkania i związany z tym kredyt stać tylko ludzi o ponadprzeciętnych dochodach.

Dlatego choć o tym nikt głośno nie mówi, za jakiś czas może dojść do załamania rynku kredytowego. To zresztą normalne zjawisko, przez które wiele państw bogatszych od nas już nieraz przechodziło. Polska dopiero pierwszy raz doświadcza tego, czym jest powszechny kredyt hipoteczny, więc niestety przyjdzie czas, gdy tysiące ludzi boleśnie przekonają się, co to znaczy brak możliwości spłaty kredytu na dom i często konieczność oddania bankowi mieszkania. Trudno nawet opisać, jakie to będą życiowe tragedie.

Taka sytuacja ma obecnie miejsce w USA, gdzie podobno już kilka milionów kredytobiorców ma problemy z regulowaniem na czas rat kredytów hipotecznych albo wręcz już nie mają na to pieniędzy.

Jak się przed tym obronić? Przede wszystkim trzeba bardzo racjonalnie i na chłodno oceniać swoje możliwości kredytowe, aby za kilka lat nie wpaść w prawdziwe tarapaty. Przydałaby się też wreszcie ustawa o upadłości konsumenckiej, która byłaby dla niektórych osób ostatnią deską ratunku. Jednak prace nad ustawą utknęły w Sejmie i nie wiadomo, czy parlament da radę ją uchwalić, zwłaszcza w obecnej gorącej sytuacji politycznej i wobec perspektywy ewentualnych wcześniejszych wyborów. Ustawie od dawna przeciwne są banki i zapewne ich lobby będzie robić wszystko, aby nie powstała.

Pożyczajmy więc pieniądze z głową, bo w razie kłopotów naprawdę nikt nam nie pomoże. Zostaniemy sami, mając przeciw sobie bankowych prawników.

Krzysztof Losz

 

 

Nasz Dziennik, piątek, 24 sierpnia 2007, Nr 197 (2910)


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry