Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem

Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem.
Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.
Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki.
J 11, 25-26

25 maja 2007 roku, w maryjnym miesiącu 90. rocznicy
objawień fatimskich, odszedł po nagrodę do Pana

ś. p. Ksiądz Mirosław Drozdek

25 maja 2007 r., dwa lata po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II, dziesięć lat po jego wizycie w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem, w trakcie trwania uroczystości związanych z 90. rocznicą objawień w Fatimie, w maryjnym miesiącu maju odszedł do swej Niebieskiej Pani ks. Mirosław Drozdek, dla którego najzaszczytniejszym tytułem było bycie Kustoszem: strażnikiem i opiekunem sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej na Krzeptówkach w Zakopanem. A był Kustoszem nie tylko sanktuarium, ale i objawienia fatimskiego.

Dopiero historia ujawni, jak głęboko Matka Najświętsza wpisała Go w dzieje realizacji przesłania z Fatimy. Jest wielkim "piątym Fatimy" - zaraz po błogosławionych Hiacyncie i Franciszku, po Siostrze Łucji, Janie Pawle II.

/.../

 

Medialna informacja jest krótka: ksiądz Mirosław Drozdek, pallotyn, kustosz sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem, urodził się 14 sierpnia 1945 r. w Zakrzewiu. W 1962 roku wstąpił do Zgromadzenia Księży Pallotynów. Święcenia kapłańskie przyjął 14 czerwca 1970 roku. Pracował na placówkach pallotyńskich w Poznaniu i Gdańsku. Od 1979 r. służył Matce Bożej i Janowi Pawłowi II w Zakopanem. Tam zbudował świątynię - wotum za ocalenie życia Papieża. Zmarł 25 maja 2007 roku.

 

Czy tylko tyle?

Trzeba jednak o Nim mówić więcej, głębiej, głośniej, z czcią i miłością, łzami i nadzieją! O czym opowiadać, co podkreślić? Przede wszystkim, że był święty. I że był wielki. I że wreszcie odszedł po swoją wielką nagrodę. Dlatego śpiewamy "Magnificat", pieśń, którą On intonował w każdej radosnej chwili swego życia. Bo my tu płaczemy, a On jest już z umiłowaną Panią Fatimską, ze swym Ojcem Świętym, z przyjaciółką Siostrą Łucją. I widzi nas i naszą przyszłość. Wierzymy, że widzi tak, jak zapewniał w ostatnich dniach życia, kiedy z dziwnym światłem w oczach mówił o nadchodzącym triumfie Niepokalanego Serca Maryi. Do końca wzywał, aby nie zapomnieć o Fatimie. Dziesięć dni przed odejściem, po uroczystościach fatimskich 13 maja, mówił: "Nie ma ważniejszego tematu. Fatima w naszych czasach zajaśnieje wobec świata. Będzie to wielkie światło, widoczne dla wszystkich... Bóg ma już dość czekania... Sam zrealizuje wielkie obietnice Fatimy". Świadom, że odchodzi, pisał w swym testamencie: "Ufam, że Matka Boża znajdzie swoich, aby Jej pomogli. Ktoś musi czuwać przy ogniu!".

 

Tak, był wizjonerem...

Nie żył dla siebie, był cały dla Maryi. Znak fatimski był mu drogowskazem we wszystkim. Oddawał codziennie życie w służbie fatimskiego orędzia. Jego największą miłością był Ojciec Święty Jan Paweł II. Była to miłość tak czynna, że po śmierci Papieża ks. kard. Ratzinger powiedział o Kustoszu, że wszedł On do apartamentów papieskich na kolanach.

Był zapatrzony w św. Maksymiliana Kolbego - i był jak on. Przy Jego łóżku zawsze leżała książka "Szaleniec Niepokalanej" - przeczytał ją setki razy, wciąż do niej powracał. Był tak podobny do Założyciela Milicji Niepokalanej! Zapatrzony w Maryję, cały Jej oddany, bezkompromisowy, odważny aż po ostateczne ryzyko, zawsze uderzał w najwyższe struny. Nie bał się niepopularnych słów, przesuwania gór, niepochlebnych opinii tego świata. Pracował od świtu do nocy, od nocy do świtu. Nie znosił lenistwa, wygodnictwa, zapatrzenia w ten świat. Patrzył daleko, w Niebo. Apostołował na wszelki sposób, bardzo cenił ewangelizacyjną rolę mediów. /.../

 

Pracował w cieniu

Mało wiemy o Jego zasługach w Kościele. Organizował wielkie dzieła, a potem cofał się za szereg. Postronnym mogło się wydawać, że ktoś inny jest twórcą danego wydarzenia. Ale Maryja wiedziała, kogo jest to dzieło. To Mu wystarczało.

Nie zbierał pochwał, nie spadały na Niego zaszczyty. Pozostał bez orderów, tytułów honorowych, wyróżnień. Otrzymywali je pomniejsi, Kustosz pozostawał "nieużytecznym sługą". Tak chciał. I choć przyjeżdżały do niego wielkie osobistości ze świata polityki i kultury, choć w cieniu sanktuarium zapadała niejedna historyczna decyzja, On ufał tylko modlitwie ludzi gorliwych, wiernych, ludzi często zmęczonych, ubogich, brudnych i nieporadnych. To oni - mawiał - nie wielcy tego świata, zmienią oblicze ziemi.

Zawsze pracował za kilkanaście osób. Nie było czasu na sen, na posiłki. Maryja go wzywała, Maryja przynaglała. Mówił: "Trzeba rzucić wszystko i biec, biec, biec!". "Maryja nas potrzebuje", "Odpoczniemy po śmierci, teraz nie czas" - powtarzał.

 

Niebo tę ofiarę przyjęło

Zaczął zwalniać we wrześniu ubiegłego roku. Od lat po cichu cierpiał: coś działo się w organizmie, ale zawierzał to Maryi, nie lekarzom. Ostatniej jesieni był już świadom, że nadchodzi kres. Podsumowywał życie. Jeszcze - mimo straszliwych bólów - odbył kilka podróży do Fatimy i Watykanu. W styczniu oddał się w ręce lekarzy. Poddano Go koniecznej natychmiastowej operacji.

Jak ważny musiał być dla Kościoła, skoro w godzinie jej rozpoczęcia, w czwartek, 17 stycznia 2007 r., o godz. 8.00 odprawiał za Niego Mszę św. sam Benedykt XVI.

Nie umarł na stole operacyjnym. Żył jeszcze w cierpieniu blisko cztery miesiące.

Wiemy, że oddał się Maryi jako żertwa ofiarna za zagubiony w mrokach grzechu świat. Wiemy, że Niebo tę ofiarę przyjęło. Kustosz to rozumiał. Mówił, że może to cierpienie jest ważniejsze niż wiele lat jego szaleńczej pracy apostolskiej. Pisał w liście pożegnalnym: "Jubileusz 90-lecia objawień fatimskich to zaszczytny czas, aby do skarbca Kościoła coś dołożyć ze swego życia...".

Napisał swój list pożegnalny. A w nim czytam: "Czuję się jak podróżny lub pielgrzym. W drogę zabieram to, co konieczne, bez balastu, który utrudnia pielgrzymowanie. Oczekuję na pociąg w nieznane: towarzyszy przede wszystkim nadzieja (...). Może w tym pociągu Maryja gdzieś mnie zauważy. Od młodości była w moim życiu. Dawała tyle dowodów pamięci i miłości. Trudno byłoby zwątpić, że na tym etapie Jej zabraknie".

Nie zabrakło. W piątek, 25 maja, o 5.00, gdy słońce budziło nowy dzień, Matka Najświętsza przyszła do Niego z naręczem łask, podała mu dłoń. I przeprowadziła przez próg śmierci. Wprowadziła Go do Wiecznej Niebieskiej Liturgii.

To Jego największe szczęście - razem z Maryją uczestniczyć w pięknej Liturgii Bożej Chwały. Gdy żył na ziemi, właśnie liturgia była dla niego najpiękniejsza. Gdy czyniąc znak krzyża, rozpoczynał Mszę Świętą w sanktuarium pod Giewontem, otwierało się nad Nim Niebo.

Teraz tak jest. Wreszcie! Bogu niech będą dzięki za Jego życie i za Jego ofiarę.

Wincenty Łaszewski

 

 

To wielka postać Kościoła

 

O śp. ks. Mirosławie Drozdku mówi JE ks. bp Albin Małysiak:

 

- Ks. Drozdek zawsze przypominał mi św. Pawła. To był człowiek czynu duszpasterskiego, który z największym zapałem i niezwykle skutecznie głosił Słowo Boże. Powołał do istnienia sanktuarium Matki Bożej na Krzeptówkach w Zakopanem. Znałem się z Nim blisko 30 lat i pamiętam jeszcze czasy, jak na tym wzgórzu były pokrzywy, chwasty, ciernie. Wśród wielkich trudności ks. Drozdek zbudował sanktuarium ku czci Matki Bożej jako wotum za ocalenie życia Jana Pawła II. To właśnie Ojciec Święty konsekrował tę świątynię.

Ksiądz Drozdek pozostawał w bardzo żywych i serdecznych kontaktach z Janem Pawłem II, bardzo go kochał.

Wspomniałem, że ks. Mirosław Drozdek powołał sanktuarium, a to nie jest prosta sprawa. Historia mówi, że niektóre sanktuaria powstawały w ciągu dziesiątek, a nawet setek lat, a to na Krzeptówkach powstało w 20-30 lat. Dziś posiada wspaniałe zaplecze gospodarcze, ale przede wszystkim duchowe. Ksiądz Drozdek zdołał przekonać ludzi, by tam przybywali, a statystyki podają, że każdego roku przybywa tam milion wiernych i modli się przed obliczem Matki Bożej Fatimskiej.

W czwartek o 16.00, czyli zaledwie kilka godzin przed śmiercią, odwiedziłem ks. Drozdka. Bardzo cierpiał, ale nie narzekał. Był w bardzo ciężkim stanie. Ofiarował swoje cierpienie Matce Bożej Fatimskiej. Dwa miesiące temu ten kapłan powiedział mi, że czuje, iż nie przeżyje tej choroby. Niestety, te słowa się sprawdziły...

Mówiłem Mu, że do Jego wspaniałej działalności Bóg dołożył mu jeszcze ciężki krzyż. I wierzę, że Niebo jest przed Nim szeroko otwarte.

Niejeden raz, gdy patrzyłem na ks. Drozdka, na Jego pracę duszpasterską, społeczną, kulturalną, na Jego zaangażowanie w sprawy Ojczyzny, to muszę powiedzieć, że mówiłem sobie, iż gdyby w Polsce było więcej takich Drozdków, to nasza Ojczyzna wyglądałaby inaczej, lepiej.

Ksiądz Mirosław Drozdek to wielka postać w historii naszej archidiecezji, w historii Kościoła w Polsce. Smutkiem napełnia nas wiadomość o Jego śmierci. Wielką stratę poniósł Kościół poprzez Jego odejście.

not. Małgorzata Pabis

 

 

Źródło: Nasz Dziennik, 26-27 maja 2007, Nr 122 (2835)

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20070526&id=main


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry