Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Świat na nas patrzy

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Świat na nas patrzy?

 

W powyborczym remanencie warto zwrócić uwagę na pewien chwyt sofistyczny, dość często stosowany przez dziennikarzy i polityków, który polega na tym, że próbuje się zwykłych ludzi zastraszyć, a może zawstydzić przy pomocy takich sformułowań: co na to powie świat? Europa nas potępia! Frankfurter Zeitung oskarża Polskę! Le Figaro ostrzega Polaków! New York Times, Morning Star, Le Monde, Tagesblaat... etc.

A przecież wszystko to są bajki, mity, metafory. Świat to są miliardy ludzi – czy każdy z nich od rana do nocy śledzi, co dzieje się w Polsce, czy może raczej większość nawet nie wie, gdzie leży Polska? Europa to setki milionów obywateli, którzy rano idą do pracy, wieczorem wracają zmęczeni i jeśli zdolni są do myślenia, to tylko za pośrednictwem mediów. Co im ktoś napisze w gazecie lub pokaże w telewizji, to jest dla nich „światem” lub „Europą”.

A za mediami stoją konkretni ludzie, a nie świat i nie Europa; stoi właściciel i stoją dobrani przezeń dziennikarze. Gdy pismo ma duży nakład, a program dużą oglądalność, to robią dużo hałasu, a jak mniejszy, to jest trochę ciszej. Straszenie światem czy Europą to jest straszenie mediami, niczym więcej.

Mechanizm zastraszania jest prosty. W zdrowym społeczeństwie lęk przed opinią publiczną ma znaczenie pozytywne, a wręcz pożądane. Człowiek może by i zrobił coś złego, a przynajmniej zdrożnego, ale wstrzymuje go opinia innych. Tak jak Telimena zawahała się chcąc usidlić hrabiego, „co świat powie na to?” Ona starsza, on młody i bogaty. Ten „świat” to byli oczywiście sąsiedzi i krewni, ludzie bliscy, życzliwi, swoi. A dzisiejszy „świat”? Jest najczęściej anonimowy. Znamy tytuły gazet, które są banalne: gazeta frankfurcka, czasy Nowego Jorku, poranna gwiazda, śmieszne. Trzeba by robić specjalne dochodzenie, kto jest właścicielem, jak się dorobił, kto tam pisze? Skąd się wziął? Z jakiego klucza? Z jakiego środowiska? O tym mało wiemy, albo całkiem nic. Co ja wiem o jakimś redaktorze Blaumanie z „Frankfurter Zeitung”, który nam grozi palcem. A jakie on ma wykształcenie? Skąd czerpie wiedzę o Polsce? Czy go czasem nie wciągnięto do jakiegoś lobby? Może dostał zlecenie z góry od jakiegoś bandyty? Przecież my tego nie wiemy. To jak możemy dawać wiarę komuś, kogo nie znamy? I to ma być ten „świat” i ta „Europa”, która, a właściwie którą nas straszą?

Należy raczej cenić opinię ludzi rozsądnych i życzliwych, którzy dali już dowody swego przyjaznego nastawienia do Polski, bo mieli okazję poznać naszą historię, bo widzą, że u nas toczy się taka sama walka jak w innych krajach zachodnich, tyle że tam właściwie już się zakończyła, a u nas jeszcze trwa. Są więc bardzo ciekawe środowiska profesorów zarówno w Europie, jak i w Ameryce Północnej. I to jest o wiele ciekawszy świat od świata mediów. Tyle że profesorowie na Zachodzie, zwłaszcza jeśli ich poglądy nie są politycznie poprawne, mają niewielkie szanse, aby zaistnieć w mediach, a to oznacza, że mają niewielki wpływ na bieg życia społecznego. Życie uniwersyteckie jest bardziej zdezintegrowane niż u nas. I biurokracja jest większa. W efekcie są dość osamotnieni na własnych uczelniach, co nadrabiają częstym uczestnictwem w różnych kongresach czy sympozjach.

Znam profesorów amerykańskich, którzy przyjeżdżają do Polski, żeby się „doładować”. Bo choć Nowy Jork to imponujące miasto, ale tak między Bogiem a prawdą, spacer po zatłoczonych ulicach pomiędzy drapaczami chmur, wprawdzie robi wrażenie, to przecież brakuje tej kameralności i urody, jaką wytwarza atmosfera miasta, na którym piętno odcisnęły całe wieki, dzieje, style. A taki klimat mają tylko miasta europejskie, wśród nich miasta polskie, tam gdzie udało się ocalić dawną architekturę. W takiej atmosferze można prowadzić rozmowy na tematy ciekawsze niż to, o czym pisze „New York Times”. Zwłaszcza, że inteligentni Amerykanie dobrze znają mechanizmy funkcjonowania mediów, bo to przecież tam od co najmniej drugiej połowy XIX w. ruszyła prasa wielkonakładowa. Tam też media zaczęły kreować swego masowego odbiorcę, a zwłaszcza jego sposób reagowania, myślenia, preferencji. Początkowo na użytek biznesu, potem dla demokracji, żeby wolny obywatel tak głosował, jak tego życzą sobie media. Wraz z nastaniem telewizji dokonała się rewolucja medialna, która przykuła do ekranów całe pokolenia, dorosłych i dzieci, emerytów i uczniów, tam zaczęło toczyć się i rozgrywać prawdziwe życie.

U nas mimo wszystko, a więc mimo silnych tendencji do spłaszczenia poziomu masowego odbiorcy, trwa walka nie tyle o „rząd dusz”, co o możliwość przebijania się do rzeczywistości. Są media, które uczą myśleć, dają metody, pokazują kryteria, zwracają się do środowisk, które skazywane są na publiczną nieobecność. I to jest fascynujące, może nawet jedyne w świecie.

Potępianie mediów jako mediów mija się z celem. Ale trzeba dobrze rozróżniać, właściwie dobierać i włączać się aktywnie tam, gdzie czujemy, że to ma sens, że stanowi przeciwwagę dla medialnych panów świata, potentatów, którzy w swej zuchwałości wolność słowa chcieliby zarezerwować tylko dla siebie, którzy uzurpują sobie przywilej do bycia „światem” czy „Europą”. Na to nie można się godzić i na to nie wolno się nabrać. Każdy człowiek jest światem, a podstawowy problem to ten, czy ów „świat” jest zgodny z rzeczywistością. Media bardzo często robią wszystko, by zgodny nie był, ale wtedy to nie jest ani świat, ani Europa.

 


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry