Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Jaki uniwersytet (2)

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Czy to aby uniwersytet?

 

Wróćmy jeszcze do problemów, jakie nurtują współczesne życie uniwersyteckie w świetle Wielkiej Karty Uniwersytetów podpisanej przez rektorów w r. 1988 w Bolonii. Widzieliśmy, że pierwsza zasada głosząca autonomię uczelni w stosunku do ekonomii i polityki jest nierealna: instytucje państwowe, a w ramach Unii Europejskiej również międzynarodowe coraz mocniej ingerują w prace kadry akademickiej zarówno na polu naukowym, jak i dydaktycznym.

Warto tu zauważyć, że wspominany już wcześniej Jerzy Brzeziński, który jeszcze w 1994 r. tak się rozpływał nad autonomicznością uniwersytetu, nauki i naukowców (Rozważania o uniwersytecie, w: Edukacja wobec zmiany społecznej, Poznań-Toruń 1994, s. 23-47), chętnie został urzędnikiem państwowym w komisji, która jak najbardziej ingeruje w życie uczelni. Albowiem w 1997 r. został członkiem Centralnej Komisji do Spraw Tytułów i Stopni Naukowych, a w jej ramach przewodniczącym Sekcji Nauk Humanistycznych. Komisja ta jest organem państwowym podlegającym premierowi, przez lata zatwierdzała habilitacje i profesury zwyczajne. Czy takie zatwierdzanie, i to na drodze sądu kapturowego, nie jest ingerencją państwa w autonomię uczelni? Aż dziw bierze, że ten twór o proweniencji stalinowskiej jeszcze istnieje. Ale widać niektórzy naukowcy, jak politycy, co innego mówią lub piszą przed nominacją, a co innego robią po nominacji, a punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Druga zasada Wielkiej Karty dotyczy ścisłego związku między działalnością naukową i dydaktyczną. Zasada ze wszech miar słuszna. Szkoda wobec tego, że w swym artykule Brzeziński nie zahaczył o jakże wymowny przykład rodem z PRL-u, kiedy to właśnie na wzór sowiecki utworzono w 1951 r. Polską Akademię Nauk, której członkowie nie mieli obowiązków dydaktycznych. Ich zadaniem była tylko twórczość naukowa, ale w rzeczywistości chodziło o to, że ludzi bez wątpienia inteligentnych można było poddać ideologicznej kontroli.

Trzecia zasada to „swoboda prowadzenia badań naukowych i kształcenia”. Zasada ta jest uznana za najbardziej fundamentalną, dlatego warto doczytać, o co w niej chodzi. Okazuje się, że trafiamy w samo jądro... politycznej poprawności. Uniwersytet ma bowiem odrzucić nietolerancję i zawsze pozostawać gotowym do dialogu. Ciekawy fundament, zważywszy, że w tradycji kultury zachodniej naczelnym zadaniem uniwersytetu było szukanie, odkrywanie i dzielenie się prawdą, a nie zabawa w tolerancję. Bez prawdy wszystkie wartości są pseudo-wartościami, tolerancja – pseudotolerancją, a dialog zwielokrotnionym monologiem lub artystyczną lub nawet chorą ekspresją. To zdumiewające, że w Wielkiej Karcie Uniwersytetów słowo „prawda” się nie pojawia. Jeśli nie ma prawdy, to po co ta cała zabawa, po co ten teatr? Przecież tolerancja nie może być celem, ani fundamentem pracy uniwersytetu, bo nie ma tolerancji ani dla fałszu, ani dla zła. „Tolerancja” to słowo-wytrych, który otwiera niewłaściwe drzwi, a miesza w głowach ludziom na wpół douczonym. Stosując konsekwentnie zasadę tolerancji nie wolno ocenić studenta, nie można go oblać na egzaminie, a wszystkich naukowców można zrobić profesorami, bo każdy ma prawo do swoich poglądów, wszystko jedno jakich. A czym jest dialog bez baczenia na prawdę? Przecież dialog naukowy nie polega na tym, że każdy mówi, co mu się podoba, ale na tym, że posługuje się językiem intersubiektywnie komunikowalnym, czyli zrozumiałym dla innych w danej specjalizacji, a także potrafi uzasadnić swoje poglądy. A tu zamiast o prawdzie mówi się o tolerancji, zamiast o uzasadnianiu mówi się o dialogu. Natomiast Brzeziński dorzuca jeszcze od siebie, że „uniwersytet musi być otwarty na różnorodność”. Jest to kolejne wyrażenie z kręgu politycznej poprawności. Różnorodność w czym? Chodzi o to, żeby nie było „jednej szkoły myślenia o świecie”. Albo jest to banał, bo każdy kto studiował filozofię, wie, ile różnych obrazów świata kryło się za poglądami choćby pierwszych filozofów, albo jest to próba tworzenia sztucznej różnorodności, na użytek ideologii multi-kulti.

I ostatnia zasada: „uniwersytet jest powiernikiem europejskiej tradycji humanistycznej”. Brzmi to bardzo wzniośle, ale o jaką tradycję humanistyczną chodzi? Prawdopodobnie chodzi o renesans, bo ten jest kojarzony z humanizmem. Ale przecież uniwersytet jest darem chrześcijańskiego średniowiecza, będącego spadkobiercą kultury antycznej. Dlaczego o tym się milczy? W swym komentarzu Brzeziński podkreśla, że „uniwersytet nie może być zachowawczy”. A jeżeli ktoś odkrył prawdę, to dlaczego ma jej nie zachować? A może podać czasokres obowiązywania pewnych prawd? Co więcej, uniwersytet ma być jednostką szybkiego reagowania: „musi szybko reagować na dokonujące się przemiany kulturowe i powstające trendy społeczne”. Ciekawe zadanie dla uniwersytetu. Chyba autor pomieszał uniwersytet z Instytutem Socjologii lub Ośrodkiem Badania Opinii Publicznej.

Warto debatę nad rolą uniwersytetu we współczesnej kulturze kontynuować. Może ktoś się odezwie, choć nie jest to pewne. Wielu ciągle się boi, inni, umocowani w różnych komisjach już zaczynają straszyć. Ciekawe środowisko, czasami zagubione, czasami złowrogie. Potrzebujemy debaty nad stanem nauki polskiej, na ile tkwi ciągle w trujących oparach PRL-u, a na ile budzi się do wolności. Bo przecież coś z tym trzeba zrobić, marnowany jest intelektualny potencjał młodych pokoleń. Na to nie możemy sobie pozwolić.

.


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry