Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Do działu Aktualności i Poznaj Prawdę

Pomagać w cudzie narodzin

Wspomnienia położnej

 

Pani Bożena Trzaskowska ponad dwadzieścia lat temu zdecydowała się na zawód położnej. - Pociągała mnie tajemnica życia, chciałam uczestniczyć w cudzie narodzin. Pragnęłam nieść pomoc zarówno kobiecie, jak i jej dziecku - mówi. Wcześniej nie znała problemu, który - jak się okazało - ściśle wiązał się z tym zawodem, stawiał położną w dramatycznej sytuacji asystentki przy zadawaniu śmierci. Chodzi o problem tzw. aborcji.

 

Pod koniec lat 70. nigdzie się o tym nie pisało, nie mówiło, również w studium medycznym. Temat tzw. aborcji pojawił się po pół roku nauki, na lekcjach pielęgniarstwa położniczego. Pozbawienie życia dziecka poczętego włożono między inne zabiegi i nazwano "interrupcją".

- Dowiedziałyśmy się, że "interrupcja" to ważny zabieg, który wykonuje się z szeregu wskazań życiowych. Musiałyśmy wiedzieć, jakich narzędzi się przy tym używa i jak je należy rozłożyć. Nic więcej. Taki przekaz informacji nie robił na nas żadnego wrażenia, nie prowokował do refleksji. Ot, przeznaczony do "wkucia" jeszcze jeden temat lekcyjny - a skoro tego uczą i wymagają, jest to dobre i ważne - wspomina pani Bożena.

 

Prawdę o tym "zabiegu" słuchaczki studium medycznego poznały w trakcie praktyki w szpitalu. W programie praktyk znalazło się także obserwowanie tzw. aborcji.

- Przeżyłam szok, gdy zobaczyłam wyszarpywanie z łona matki kawałków ciała 20-tygodniowego dziecka - maleńkie rączki i nóżki spływające wraz z krwią po rękach asystującej przy tym położnej, która trzymała wzierniki. Ale to nie był koniec. Nam, młodym dziewczynom odbywającym praktyki, kazano "sprzątać" rozszarpane ciałka dzieci. Gdy zapytałyśmy, co z nimi zrobić, usłyszałyśmy: "Jak to co? Wyrzuć to do śmieci!". Wszystkie byłyśmy przerażone i w łazience, płacząc, składałyśmy ciałko dziecka. Zastanawiałyśmy się, jak by zareagowała jego matka na ten widok, ale nie wolno nam było niczego pokazywać pacjentkom - opowiada położna.

 

Życie ludzkie nie było wówczas w cenie. Pani Bożena przekonała się o tym podczas wspomnianych "praktyk", które odbywała w różnych szpitalach, m.in. warszawskich. Dokonywanie tzw. aborcji było na porządku dziennym, a przed gabinetem kobiety czekały w kolejce na tzw. zabieg. Dzieci zabijano pod byle pretekstem - że np. ktoś ma inne plany życiowe, za małe mieszkanie, niskie dochody itp. Wtedy na pogniecionej kartce wystarczyło nagryzmolić kilka wyrazów, które stanowiły podanie o zabicie własnego dziecka: "Proszę o przerwanie ciąży z powodów społecznych".

 

Odmowa

 

Po tej "praktyce" pani Bożena chciała nawet zrezygnować ze szkoły i w przyszłości z pracy położnej. Jednak pragnienie służenia człowiekowi okazało się silniejsze. Pozostała przy swoim wyborze, ale od tego momentu stało się dla niej jasne, że bycie położną to nie tylko zawód, ale i powołanie. Niestety, nikt wtedy nie mówił, jak wykonywać ten zawód w zgodzie z sumieniem, jak się bronić przed zmuszaniem do uczestniczenia w zabijaniu dzieci poczętych. Obecnie wraz z uprawnieniem do wykonywania zawodu położna otrzymuje Kodeks Etyki Zawodowej Polskiej Pielęgniarki i Położnej, gdzie w punkcie 20. czytamy: "Pielęgniarka i położna ma prawo do odmowy uczestniczenia w zabiegach, badaniach naukowych i eksperymentach biomedycznych, które swoją istotą przeczą uznawanym przez nią normom etycznym". Na początku lat 80. położne i pielęgniarki nie miały takiego prawa. Gdy kobiety miały "prawo" do zabicia własnego dziecka, problem łamania sumień osób z personelu szpitala nie był absolutnie brany pod uwagę.

- Miałam dużo szczęścia, ponieważ pierwszą pracę podjęłam w szpitalu zupełnie innym niż te znane mi z praktyk. Był to też czas już po zrywie "Solidarności", gdy pewne informacje w sprawie obrony życia zaczęły docierać do opinii publicznej. Ale okazało się, że w tym samym czasie, przy tej samej ustawie aborcyjnej, wiele zależało od postawy personelu szpitala, w szczególności od ordynatora - wspomina położna.

 

W szpitalu, w którym pracowała pani Bożena, siostra oddziałowa nie asystowała przy tzw. aborcjach, bo nie chciała tego robić, a kilku lekarzy - ciężko doświadczonych przez los - również nie chciało brać w tym udziału. Jeden z nich przeżył nawrócenie, gdy ciężko zachorował mu roczny synek. Gdy dziecko było już w stanie beznadziejnym, leczący je profesor po wypróbowaniu wszelkich dostępnych środków poradził ojcu, by jechał na Jasną Górę i tam błagał o życie syna. Wcześniej ten lekarz wykonał kilka tzw. aborcji - licząc na zyski, bo wiedział, że koledzy sporo na tym zarabiają. Gdy po gorącej modlitwie na Jasnej Górze dziecko bardzo szybko wyzdrowiało, nie miał wątpliwości, że Pan Bóg go upomniał na drodze kariery zawodowej.

 

W tym samym szpitalu zastępca ordynatora, który deklarował się jako niewierzący, gdy zachorował na raka, nawrócił się na łóżku szpitalnym, wziął ślub kościelny z żoną i... błagał wręcz swych kolegów z oddziału, by nie wykonywali tzw. aborcji.

 

Pewnego razu na oddział przybyła kobieta, która wszystkim wokół opowiadała, że chce dokonać zabójstwa swego poczętego dziecka. - Uprzedziłam lekarza, że nie będę w tym uczestniczyć, i gdy kazał mi przygotować zestaw narzędzi do tzw. aborcji, w akcie rozpaczy i bezradności rzuciłam narzędziami o ścianę, tak że się rozsypały po gabinecie - opowiada pani Bożena.

Konsekwencjami tej pierwszej odmowy, oprócz półgodzinnych krzyków lekarza, który miał wykonywać tzw. aborcję, były skargi wysyłane do dyrekcji szpitala, że położna nie chce wykonywać swoich obowiązków, buntuje się przeciw poleceniom służbowym. Były też rozmowy z ordynatorem, złośliwe uwagi, podważanie kompetencji zawodowych. - Nieraz zresztą straszono mnie utratą praw wykonywania zawodu za występowanie przeciw ustawie zezwalającej na zabijanie dzieci "na życzenie" - opowiada położna.

Zdecydowana większość lekarzy poparła wtedy panią Bożenę, choć nie odbyło się to oficjalnie, ale po cichu, w prywatnych rozmowach. Ordynator, do którego musiała się udać na rozmowę, potraktował ją bardzo serdecznie, wręcz po ojcowsku. Potem lekarze po kolei przychodzili do niej i mówili: - Miałaś rację - wyszarpali zdrowego człowieka, dobrze, że się nie dałaś w to wmanewrować.

 

Łamanie sumień

 

Żeby uniknąć udziału w zbrodni tzw. aborcji, położne szukały różnych rozwiązań. Niektóre wybrały pracę przy noworodkach, bo tam nie było tego problemu. Ale zdarzały się i takie pielęgniarki, które zgłaszały się do asystowania przy tzw. aborcjach. Były to szczególnie te starsze, które zaczynały pracę w latach 60. i 70. Być może na tyle potrafiły uśpić sumienie, że same siebie oszukiwały. Może nie czuły się odpowiedzialne, bo to nie ich rękami były zabijane dzieci, niektóre tłumaczyły, że to jest ich obowiązek służbowy, takie polecenia wydają im przełożeni, więc nawet nie czuły potrzeby spowiadania się z tego. Jednak nawet one miały granice wytrzymałości, bo zdarzały się przypadki, które w sposób szczególny uświadamiały im, co czynią. Jedna z położnych, która pracowała w latach 60., a więc tuż po wprowadzeniu ustawy aborcyjnej z 1956 r., opowiedziała pani Bożenie pewną historię. Kobieta zgłosiła się do tzw. aborcji w 20. tygodniu, lekarz przeprowadził ją za pomocą tzw. minicięcia cesarskiego. Dziecko wydobyte z łona matki okazało się zdrowe, nie chciało umierać. Lekarz kazał położnej przygotować wiadro z wodą, by je utopić. Wtedy odmówiła wykonania jego polecenia.

Inna koleżanka pani Bożeny, która zrezygnowała z pracy w szpitalu, zwierzyła się jej: "Cieszę się, że nie będę już tym nękana". Dla wielu położnych asystowanie przy tzw. aborcjach łączyło się z łamaniem ich sumień, ponieważ nie chciały tego robić. Cierpiały z tego powodu, ale nie miały siły i odwagi odmawiać asystowania przy zabijaniu dzieci poczętych, bały się zastraszania, ośmieszenia, utraty dobrego kontaktu z lekarzem. "Szefowi odmówisz?" - słyszały od koleżanek. Gdy pani Bożena powiedziała, że odmawia, usłyszałam: "Ja też bym chciała, ale się boję".

Po kilku latach pani Bożena przeniosła się do innej miejscowości i zmieniła miejsce pracy. Wiedziała, że w tym nowym szpitalu tzw. aborcje są wykonywane, więc od razu zastrzegła, że nie będzie przy nich asystować. Warunek przyjęto, ponieważ w szpitalu brakowało 15 położnych...

 

Zło rodzi agresję

 

Osobny temat to przeżycia kobiet decydujących się na tzw. aborcję i po jej dokonaniu. - Nie mogłam zrozumieć matki, która przyszła do szpitala, żeby zabić swoje dziecko, a na szafce postawiła fotografię starszego dziecka i ciągle opowiadała, jak je kocha i jak do niego tęskni. Może do wielu kobiet nie dotarło, na co się decydują. Może gdyby zobaczyły ciałko dziecka po tzw. aborcji, zrozumiałyby, co chcą zrobić - mówi położna.

Ta prawda jednak wcześniej czy później przebija się do świadomości tych matek, które zabiły swoje dziecko. Pani Bożena zna wiele takich kobiet - nieszczęśliwych, ciągle rozpamiętujących, złorzeczących nie tylko tym, którzy im "pomogli" w podjęciu decyzji o tzw. aborcji, ale także tym, którzy nie zrobili nic, by im w tym przeszkodzić.

Pewna pacjentka przyjechała do szpitala z powikłaniami po tzw. aborcji. Była w złym stanie nie tylko fizycznym, ale i psychicznym, czuła wielką potrzebę rozmowy. Opowiadała, że lekarz okropnie przeklinał przy tym, co robił. Tłumaczyła, że nie stać ją na wychowanie dziecka. Gdy położne policzyły, ile ją kosztował "zabieg" i jego skutki, zawołała zdumiona: "Toż za te pieniądze ja bym dziecko do roku wychowała!". Bardzo rozpaczała, że nikt jej nie powstrzymał przed tym strasznym krokiem. - Nie znam natomiast kobiet, które zrezygnowały z zamachu na swe dziecko i są nieszczęśliwe. Mam kontakt z wieloma takimi matkami, wszystkie są szczęśliwe, kochają swe dzieci i nie chcą myśleć, że tych dzieci mogłoby nie być - podkreśla pani Bożena.

Któregoś dnia przybyło do szpitala małżeństwo, które miało już dwóch synów - bardzo sympatyczni, serdeczni ludzie. Poród był łagodny i spokojny. Gdy było już po wszystkim, poczuli wielką potrzebę opowiedzenia położnej swojej historii. "Tak bardzo nie chcieliśmy tego dziecka, usiłowaliśmy je zniszczyć. Udaliśmy się do znajomego lekarza w innym szpitalu. Dał środki 'wywołujące miesiączkę'. Gdy mimo wszystko po jakimś czasie poczułam ruchy dziecka, cieszyliśmy się jak wariaci, że nasz zamach na jego życie nam się nie udał. Pół roku z wielką radością oczekiwaliśmy na narodziny - jak gdyby to było upragnione, przez lata oczekiwane, wymarzone dziecko".

Innym razem pani Bożena przyjmowała poród, który trwał długo. "Dziecko nie chce się narodzić, bo myśmy go nie chcieli" - zaczęła opowiadać matka. "Gdy się poczęło, miałam już dwoje odchowanych dzieci, własny dom, ale narzekałam, że jest mi źle i zdecydowałam, że je usunę. Mąż powiedział: 'Rób, jak chcesz'. W drodze byłam już niepewna swej decyzji, a w gabinecie przestraszyłam się tego, co chciałam zrobić i uciekłam. Gdy wróciłam do domu, mąż płakał z radości jak dziecko".

 

Kiedy indziej tuż przed Bożym Narodzeniem rodziło się dziecko z poważnymi wadami spowodowanymi zachorowaniem matki na różyczkę w czasie stanu błogosławionego. Gdy po stwierdzeniu wad u dziecka matka chciała dokonać tzw. aborcji, pani Bożena przekonała ją, by tego nie robiła. Obiecała pomoc, a także to, że przyjmie poród. Kobieta pojawiła się w szpitalu dzień przed Wigilią, gdy właśnie pani Bożena miała kończyć 12-godzinny dyżur. Sama wtedy była w szóstym miesiącu stanu błogosławionego. Została jednak z rodzącą. Dziecko przyszło szczęśliwie na świat, jednak po kilku miesiącach zmarło. Jego matka kilkakrotnie dziękowała położnej, że uratowała jej sumienie.

Pani Bożena podkreśla, że jeszcze kilka lat temu nierzadkie były przypadki wulgarnego, a nawet brutalnego traktowania kobiet na oddziałach ginekologicznych i położniczych. Co charakterystyczne, agresja personelu była największa tam, gdzie dokonywano najwięcej tzw. aborcji. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że lekarze i położne na co dzień musieli stawać przed dramatycznymi dla siebie wyborami, były łamane ich sumienia, ich pracy towarzyszył ciągły stres powodowany konfliktami na tym tle, a to wszystko rodziło agresję kierowaną przeciw pacjentkom.

- Od kiedy obowiązuje ustawa chroniąca, choć w niepełny sposób, życie dzieci poczętych, czuję się wreszcie położną - która ma ratować życie, wspierać rodzącą - a nie tą, która ciągle musi się bronić przed żądaniami matki, zleceniami lekarza sprzecznymi z sumieniem, z tym, co czuję jako kobieta i matka - mówi pani Bożena. - Okazuje się jednak, że nadal trzeba mówić, wyjaśniać, ale przede wszystkim potrzebna jest gorąca modlitwa. Najlepiej w formie duchowej adopcji, bo to przynosi wspaniałe owoce.

 

Anna Wasak

 

Źródło: Nasz dziennik z 23-24 października 2004 r.


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry