Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Nie milkną głosy oburzenia na zbrodniczy projekt ustawy zaprezentowany kilka tygodni temu przez byłą senator SLD Marię Szyszkowską

Wypowiedź o. Konrada Hejmy

na antenie Radia Maryja i telewizji TRWAM

 

Jest mi niezwykle trudno ustosunkować się wyczerpująco do tendencyjnych zapisków i oskarżeń Służby Bezpieczeństwa, która przez kilkadziesiąt lat mojej pracy duszpasterskiej usiłowała zbierać zapiski, donosy i dokumenty dla niej ważne, tworząc zniekształcony obraz mojej pracy duszpasterskiej. Wyolbrzymiana jest zarówno moja, jak i agentów rola, jakbyśmy bezpośrednio przyczynili się prawie do opanowania Europy, a moje pozbierane z dwudziestu siedmiu lat luźne rozmowy, listy, spotkania przy kawie, nagrania, opracowania biurowe miały zaszkodzić komukolwiek, a zwłaszcza Kościołowi, którego bramy piekielne i tak nie przemogą, choćby istniały kilometry takich teczek. Rzecz zadziwiająca, po prostu nieprawdopodobna, że najpierw dokonano bezprawnego zgilotynowania mnie bez procesu, bez uwzględnienia praw ludzkich, bez wysłuchania drugiej strony, bez postawienia mi konkretnych zarzutów niby za "donoszenie na Ojca Świętego", żeby to lepiej brzmiało, nagłaśniało, a potem zrobiono sąd ostateczny, za drobne informacje obiegowe, za plotki nikomu nieprzynoszące szkody, za rozmowy z urzędnikami PRL, którzy byli również często pracownikami SB. To wszystko jest pokazowym aktem niesprawiedliwego działania w imię sprawiedliwości. Szkoda, że robionym za pieniądze społeczne i to przez ludzi podających się w większości za katolików. Broń nas, Panie Boże, od takich katolików.

Doświadczyłem na sobie, jak krótka jest droga między "hosanna" a "ukrzyżuj", jak można manipulować ludźmi. Wiedziałem, że tak uczył nasz Papież, że cierpienie w Kościele ma kolosalne znaczenie, i dlatego podziwiałem zawsze kardynała Andrzeja Deskura, który cały pontyfikat Jana Pawła II cierpiał za Papieża. Nie przewidywałem jednak, że cząstka papieskiego cierpienia prawie bezpośrednio po śmierci Jana Pawła II przejdzie na mnie. Tak traktuję obecne doświadczenie, które choć ogromnie bolesne dla mnie, mojej rodziny, moich sióstr, nie ma w sobie nic ze zdrady Kościoła, o co oskarżają mnie ci, którzy nie wiedzą, jakie to były czasy esbeckie i czytają ich relacje i zapiski fałszowane, przekręcane i ubarwiane, prawie jak Pismo Święte.

Odniosłem wrażenie, że autorzy opracowania zakładają całkowity brak dobrej woli i sumienia u mnie. Przecież jestem kapłanem zakonnym. Podobnie myślą, wydaje mi się, niektórzy młodzi nasi współbracia: nic innego nie robił tylko donosił i to takie banały i drobnostki, a w przerwach brał pieniądze, ewentualnie jeszcze obraz Warszawy za 1300 zł. Przecież Polacy wiedzą, co to są imieniny, rocznice - ileż podarków otrzymałem od ludzi dobrej woli, a ile rozdałem. Przecież chcemy być Europejczykami, mieliśmy swojego Papieża, miejmy jednak troszeczkę trzeźwości.

Do Rzymu przybyłem w 1979 roku. Paszport otrzymałem nie dzięki Służbie Bezpieczeństwa, ale dzięki ks. abp. Dąbrowskiemu po pierwszej wizycie Ojca Świętego. W Rzymie służyłem dziennikarzom w biurze prasowym. Spotkał mnie tam brak zabezpieczenia mieszkaniowego i brak utrzymania. Nie znałem żadnego agenta Pietrowa, o którym piszą w raporcie. Był jakiś Pietrow, ale postrzegano go jako słabo rozwiniętego. A według pracowników IPN-u, agenci byli ludźmi inteligentnymi. Praca w biurze prasowym z ks. Bogumiłem Lewandowskim dobrze się układała. Jedyną osobą, i ja to specjalnie podkreślam, bo na to zwrócono ogromną uwagę, a i większość teczki to jest właśnie o tym, jedyną osobą dziwną był zaprzyjaźniony z wieloma księżmi i świeckimi pan M., nazwisko znam, którego teczka nazywa Lakar. Gdy przybyłem do Rzymu, był on już osobą znaną i traktowaną z życzliwą pobłażliwością. Nie był to wielki inteligent. Polski emigrant, podobno skazany na śmierć we Wrocławiu. Pozwolono mu po wojnie uciec za granicę. Przebywał koło Kolonii. Pracownik banku i "doradca niemieckich biskupów" - jak mi go przedstawiano oficjalnie.

Polecono mi dawać wszystkie materiały, jakie przygotowywałem. A w tym czasie przygotowywałem jak gdyby prasówkę. Zbierałem wszystkie informacje, jakie pisze prasa zagraniczna o Ojcu Świętym, co pisze o polskim Episkopacie czy o ks. Prymasie Wyszyńskim. To wszystko odbierał ks. Prymas Wyszyński. Odbierał to również pan, który używał tego również do czegoś innego. Okazuje się, że za te materiały trzeba było płacić. Takie były pewne stawki. I był biuletyn, który się prenumerowało. I dlatego ten pan, ponieważ korzystał jeszcze z fotokopiarki i naszych papierów, płacił. Ile płacił, nie wiem. Płacił mojemu szefowi. Ja dostawałem grosze. O ile sobie dobrze przypominam, nawet były podpisywane jakieś kwitki. Mówiono, aby mu zwrócono koszty delegacji. To nie były kwoty duże. Było to tak mało, że przecież wtedy, aby móc zapłacić jeszcze Angelicum, w którym mieszkałem, musiałem otrzymywać od księdza arcybiskupa Dąbrowskiego 50 dolarów na miesiąc, które zresztą agenci w tej teczce przepisują. Były takie dni pod koniec miesiąca, że szukałem zgubionych miedziaków pod kolumnami otaczającymi plac św. Piotra, bo nie miałem na jedzenie.

Gdy w styczniu 1982 roku jechałem do swojego kolegi księdza w Niemczech, odwiedziłem wtedy rodzinę pana M. Chciałem sprawdzić - byliśmy nawet u miejscowego proboszcza pod Kolonią, gdzie odprawiałem Mszę św. Myślałem, że rodzina nic nie wiedziała, co ojciec robi. Po powrocie napisałem list z podziękowaniem za gościnę. Jest w teczce i w raporcie. W teczce agent Lakar kreowany jest na bohatera, któremu zleca się wielką rolę. Był zwykłym poszukiwaczem łatwych zarobków, lekkiego życia, dobrej kuchni i częstego picia. Przy tym grał wielkiego przyjaciela księży i obrońcę spraw polskich. Odwiedzał Rzym raz w miesiącu, pozostawał kilka dni. Skupił wokół siebie prostolinijnych księży, którzy nic nie przeczuwali.

Wydaje mi się, że raport pełen jest mało znaczących słów, opisów, sytuacji, domniemań, które nagromadzone razem stwarzają wrażenie wielkiej konspiracji. A to jest tylko obalanie zamku z kart. Wydaje się, że te plewy nigdy nikomu nie zaszkodziły. Wręcz powiedziałbym, często stanowiły ukryte uznanie dla wymienionych z nazwiska ludzi, szczególnie moich współbraci, których podziwiałem. Zawsze z uznaniem oceniałem ich wysiłki, choć nie zawsze docierało to do świadomości poszukiwaczy zła.

Od maja 1984 roku na wyraźne polecenie ks. abp. Stanisława Dziwisza i Ojca Świętego zgodziłem się objąć duszpasterstwo pielgrzymów. Było to zadanie wyjątkowe, gdyż nasz Papież chętnie spotykał się z rodakami. Tych spotkań było z dnia na dzień coraz więcej. Jest to już wielka historia. To, co przeżyłem przez 27 lat przy Ojcu Świętym, tego nikt mi nie zabierze, nawet IPN. Radość i trud służenia Papieżowi i polskim pielgrzymom przeżywały ze mną również siostry, za co jestem im ogromnie wdzięczny. Były zawsze ze mną i pozostają do chwili obecnej. Przez nasze działania przewinęło się około 4 mln Polaków, z których duży procent dotarł blisko do osoby Ojca Świętego. Mam nadzieję, że przynajmniej jakiś procent z tych szczęśliwców, którzy mają zdjęcie z Ojcem Świętym, jest ze mną w tych dramatycznych dla mnie dniach, gdy ludzie szukający zasłony dymnej albo poparcia przedwyborczego "przypadkowo" odkryli moją teczkę i teraz pastwią się jak sępy nad padliną, traktując gromadzone przez esbeków słowa, opisy jak Pismo Święte. Jeszcze dużo trzeba by było powiedzieć odnośnie do spotkania w 1983 r., ale już to pominę, ponieważ SB chciała mieć koniecznie ciągłość przez lata, mimo że w 1982 r. zakończyła się praktycznie cała sprawa w delegaturze biura prasowego w Rzymie. Przecież byłem na wizycie drugiej Ojca Świętego, byłem na wizycie trzeciej. Zawsze byłem w biurach prasowych. Zawsze kręciło się mnóstwo rozmaitych urzędników, którzy również byli ze Służby Bezpieczeństwa.

Od maja 1984 roku świadomie i zdecydowanie broniłem się przed niepewnymi ludźmi i utrzymywałem coraz bliższe kontakty z "Solidarnością". Byłem również często na falach Wolnej Europy, wygłaszałem pogadanki i kazania w Radiu Watykańskim. Nic już nie słyszałem o panu M., mimo że w teczce ciągle się plącze. Dowiedziałem się jedynie dużo później, że umarł na raka, że ksiądz nie zdążył przed śmiercią namaścić go, że umierał w wielkich bólach. Żona prosiła, by się za niego modlić, więc odprawiłem kilka Mszy Świętych. Na koniec jeszcze raz powtarzam - nie byłem nigdy świadomym donosicielem z zamiarem szkodzenia tak osobom prywatnym, jak i moim współbraciom zakonnym, hierarchii kościelnej czy tym bardziej Kościołowi świętemu. Wszelkie wypowiedzi skrzętnie zarejestrowane przez agentów PRL dotyczące osób z imienia z okresu kilkunastu lat mojej pracy są zwyczajnym dzieleniem się na temat spraw bieżących, znanych obiegowo prawie wszystkim. Dlatego nie mają znamienia zdrady tajemnicy. Co najwyżej są dowodem na nie zawsze opanowane gadulstwo i otwartość na drugiego człowieka. Gdyby jednak ktoś czuł się pokrzywdzony lub obrażony moimi wypowiedziami, to najpierw błagam Pana Jezusa Miłosiernego o przebaczenie, a następnie z głębokim żalem, praktycznym żalem przepraszam wszystkich współbraci w wierze i tych, którym moje słowa lub postawa opóźniły wejście do Kościoła katolickiego. Wierzę, że Maryja Matka Niezawodnej Nadziei, poproszona przez Ojca Świętego, da nam wszystkim pokój serca, radość, a Kościołowi da mądrość i odwagę w bronieniu swoich kapłanów i wiernych. Szczęść Boże.

 

 

Nasz Dziennik z 6 czerwca 2005

http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=po&dat=20050606&id=po10.txt

 


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry