Powrót     Strona Główna Rodziny 
			Polskiej
Homo-manipulacja

Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński

Homo-manipulacja

 

Jednym z tematów, które objęte są cenzurą politycznej poprawności, jest problem homoseksualizmu. Zagadnienia  tego jak ognia boi się większość osób publicznych, zwłaszcza takich jak dziennikarze czy politycy, a jeśli muszą się głośno wypowiadać, to robią to przy pomocy ogólnikowych sformułowań, by nikogo „nie urazić”. Są oczywiście i tacy, w których program ideologiczny wpisana jest obrona „mniejszości seksualnych”, dzięki czemu zbijają swój polityczny kapitał. Ci z kolei są natarczywi, a nawet agresywni i prowokatorscy. Temat to niewątpliwie trudny, najeżony rozlicznymi pułapkami, zwłaszcza że prawa „mniejszości seksualnych” (w mediach używa się raczej formuły: „orientacja seksualna”) włączane są coraz częściej do pakietu praw człowieka. Homoseksualizm nie może być już nazywany zboczeniem lub dewiacją, ponieważ byłby to wyraz dyskryminacji, wyraz „homo-fobii”, naruszenie prawa i w konsekwencji zagrożenie sądem lub karą.

Ciekawe, że sprawy, o których tu mowa, ukrywają się za parawanem słów greckich i łacińskich, rzecz nie jest nazywana po imieniu. A szkoda. Łatwo też o manipulację już na poziomie języka, bo przecież większość z nas nie zna ani greki, ani łaciny. Spróbujmy więc tę manipulację rozszyfrować.

Ci, którzy ostrzegają przed negatywnymi skutkami homoseksualizmu, nazywani są „homo-fobami”. Słowo to zdaje się być łacińsko-greckim konglomeratem, ale takim nie jest. Fobia to po grecku ‘strach’. A „homo”? Ktoś mógłby automatycznie skojarzyć ten wyraz z człowiekiem. I miałby rację, gdyby chodziło o łacinę, bo po łacinie „homo”, to właśnie człowiek. Homofobia, to byłby strach przed człowiekiem. Zarzut straszny. Trzeba być przecież przyjacielem ludzi, a nie ich wrogiem. Ci, którzy ostrzegają przed homoseksualizmem, którzy postrzegają w tym coś moralnie nagannego i złego, byliby – w takim (błędnym!) ujęciu – wrogami ludzi. Nie do pomyślenia. Tylko że słowo „homo” w złożeniu „homofobia” czy „homoseksualizm” jest słowem greckim („homos”), a nie łacińskim. I wcale nie oznacza człowieka, lecz „to samo”, „jednakowe”, jak np. słowo „homogeniczny” oznacza coś, co jest tego samego rodzaju. A więc o co ostatecznie chodzi? Homoseksualizm – to relacja między osobnikami tej samej płci, a homofobia – to lęk przed takimi (homoseksualnymi) związkami zarówno z racji moralnych, jak i religijnych, a nie lęk przed człowiekiem jako takim. Tego, co złe, należy się bać, to co złe jest straszne, szkodliwe, groźne. Przed złem należy chronić dzieci i młodzież, która łatwo daje sobą manipulować. Szanując wszystkich ludzi z tego tytułu, że są ludźmi, musimy też mieć się na baczności. Niektórzy są złodziejami, inni kłamcami, jeszcze inni mordercami. Ziemia to nie raj, a ludzie to nie aniołki, przynajmniej nie wszyscy.

W powszechnej opinii kolebką europejskiego homoseksualizmu była Grecja, ze swą sztandarową postacią, Platonem. A jeśli Grecy stworzyli podwaliny pod kulturę zachodnią i to najwyższej miary, więc dlaczego ganić coś, co nie stoi w sprzeczności z kulturą. Ale i tu tkwi manipulacja. Dr Marek Czachorowski w swej wnikliwej i rzetelnej książce Heterofobia? Homosekusalizm a greckie korzenie Europy (Tychy 2006), obala ten mit. Co więcej, pokazuje czarno na białym, że mamy tu do czynienia z wielką manipulacją, sięgającą nawet tłumaczenia platońskich dialogów! Oto, gdy Sokrates, ten niedościgły wzór mędrca, a zarazem człowieka prawego i odważnego, słyszy od Kalliklesa, że szczęście i cnota to „bujne, szerokie życie, bez hamulca i bez pana nad sobą, to zaspakajanie wszelkich żądz (Gorgiasz, 492), odpowiada posługując się pytaniem retorycznym, że jest to życie straszne, brzydkie i nędzne (ibid., 494e). Ale czyje życie? No właśnie. Sokrates używa słowa „kinaidos”, Władysław Witwicki idąc za podszeptem Gabrieli Zapolskiej wprowadza słowo... „lampart”. To ten „lampart” drapiąc się gdzie popadnie ma życie nędzne, brzydkie i straszne. Jaki lampart? A może tygrys, lew lub kojot? Dr Czachorowski sięga do słownika grecko-polskiego, gdzie możemy przeczytać: „kinaidos” to ktoś, kto uprawia rozpustę i to wbrew naturze. To jest ów lampart. Witwicki nie tyle bał się nazwać rzeczy po imieniu, co dokonał gwałtu na oryginalnym tekście, czego mu pod żadnym pozorem robić nie było wolno. Ma prawa się nie zgadzać z czyjąś opinią, ale jako tłumaczowi nie wolno ewidentnie zafałszowywać tekstu. Bo to nie jest kwestia doboru takiego lub innego słowa, co często pojawia się w pracy tłumaczy. To jest zwykłe fałszerstwo. I to kiedy? Dialog został przetłumaczony w 1922 r., a więc już wtedy, przed prawie stu laty, autocenzura politycznej poprawności wyciągała swoje macki, by oplatać nimi ludzi zdawałoby się inteligentnych.

Obok takich słów jak „homofobia” są też takie słowa jak „pedofilia” i „zoofilia”. Te dwa ostatnie wynaturzenia (zboczenia) nie zostały jeszcze zalegalizowane, ale powoli wkraczają w przestrzeń życia publicznego, trafiając najpierw do reklam; ich propagatorzy ostrożnie badają teren, sondują dno, czyhają na okazję, żeby nas zepchnąć z ubitej (moralnej) drogi w błoto i bagno dewiacji. Jeśli nikt nie zaoponuje, będą to robić coraz natarczywiej, aż osiągną zamierzony skutek.

Źródła naszej kultury nie są zatrute, płynie tam wiele ożywczych nurtów, już w antycznej Grecji potrafiono wyjaśnić, na czym polega różnica między dobrem i złem. Słuchajmy więc Sokratesa. Wiedział, co mówi i nie bał się nawet umrzeć za niewygodną dla władzy prawdę. Bo był prawdziwym filozofem, kochał mądrość, której nie ma bez dobra.

 

 

 


Powrót
|  Aktualności  |  Prawo do życia  |  Prawda historyczna  |  Nowy wymiar heroizmu  |  Kultura  | 
|  Oświadczenia  |  Zaproszenia  |  Głos Polonii  |  Fakty o UE  |  Antypolonizm  |  Globalizm  | 
|  Temat Miesiąca  |  Poznaj Prawdę  |  Bezrobocie  |  Listy  |  Program Rodziny Polskiej  | 
|  Wybory  |  Samorządy  |  Polecamy  | 
|  Przyroda polska  |  Humor  | 
|  Religia  |  Jan Paweł II  | 
do góry